O codzienności zwykłej i niezwykłej.
Wpisy otagowane życie
Przeczytałam w…
4 maja
wstępie Sandora Marai do „Zbuntowanych”, co następuje:
„Oskar Wilde głosił, że życie naśladuje sztukę. Gdy jednak przyjrzeć się temu pozornie słusznemu powiedzonku, okazuje się ono zupełnie pozbawione sensu.
Życie jest fabułą całkowicie niezależną od oddziaływania umysłu (…). Bardziej realne wydaje się przysłowie francuskie – Im bardziej się zmienia, tym bardziej pozostaje niezmienne”.
I co Wy na to?
Ja absolutnie nie zgadzam się z tym, że życie naśladuje sztukę.
Najlepsze są eksperymenty (tylko nie naukowe)
23 marca
i w życiu i w kuchni. Trzeba do nich szczypty odwagi, ale na ogół – choć nie zawsze - bywają udane. Do szczypty odwagi dodać trochę intuicji, spontaniczności i improwizacji. No i przede wszystkim dużo i sympatii i czosnku
Gotowanie wedle przepisu to jak życie podług schematów. Lepiej nie trzymać się gotowców. Może to niełatwa droga, ale warto spróbować.
Jak to mi zawsze powtarzała mama: w stadzie jest ciepło, ale ciasno i duszno.
W swoich felietonach (wydanych pt. „Dobry adres to człowiek”) pisała między innymi:
Dziś, gdy minęły lata i przybyło mi doświadczeń, już wiem, że noworocznych przyrzeczeń nie ma co składać, chyba że…chyba, że na NIE. Zestaw tego, czego na pewno nie zrobię, jest gwarantowany moją własną osobą, a tamte szlachetne uniesienia żyrowała tylko kostka brukowa w piekle. Dziś składam zatem przyrzeczenia realne, do czego i Was namawiam. Otóż na pewno nie będę codziennie sprzątać, bo po pierwsze dom brudzi się szybciej, niż się sprząta, po drugie nie jestem niewolnicą podłóg i okien, po trzecie wystarczy gdy posprzątam wtedy, jeśli bałagan rzuci się komuś w oczy (nie mnie. Mnie się nigdy nie rzuca i wolę przeczytać kolejną książkę, niż wypucować mało widoczny kąt w mieszkaniu. Już w latach panieńskich wmiatałam śmieci pod szafę, skąd wymiatałam je raz w tygodniu – i jakoś to szło, ani ja, ani mieszkanie się od tego nie zawaliło). Nie będę mniej konfliktowa, niż jestem, bo nie umiem – i chyba lepiej jest wrzasnąć, rzucić naczyniem(najlepiej nie tłukącym, bo potem jest mnóstwo sprzątania – patrz punkt poprzedni), wyrzucić z siebie w ciągu minuty tę agresję, niż dusić ją w sobie tygodniami. Rodzina tylko zyska, bo się odreaguję, a znajomi….
Znajomi to oddzielny punkt. Otóż nie będę przymilać się tym, których nie lubię, bo – do jasnej cholery! – mam chyba prawo do komfortu okazywania kogo lubię, kogo nie lubię, kim gardzę, a kogo szanuję? Jeśli nie będę – przymilając się – stwarzać wrażenia innej osoby, niż jestem, to jawi się cienka szansa, że lubić będą mnie ci, którzy faktycznie cenią mnie taką, jaka jestem, a nie tę wykreowaną na użytek towarzyski, fałszywą wizję mojej osoby! Ileż czasu marnujemy na kreowanie siebie innymi, niż jesteśmy, w złudnym mniemaniu, że zrobimy bardzo dobre wrażenie! A może jest odwrotnie? Dobre wrażenie robimy będąc sobą – z pełną gamą wad i zalet – niż jako nieludzka Barbie, z przyklejonymokolicznościowym uśmiechem.
„Będę dobra dla wszystkich” – to było rutynowe noworoczne hasło, na tyle ogólnikowe, że w ogóle pozbawione sensu. Najczęściej wygłaszały je małe dziewczynki po noworocznej komunii, ale zdarza się ono całkiem dorosłym ludziom, co prawda o dużym poziomie infantylizmu. Otóż nie będę dobra dla tych, którzy na to nie zasługują, przeciwnie, postaram się dać im w kość bardziej, niż oni mnie. Spytana rok temu w jednym z „Who is who” o życiowe motto, napisałam starannie: „żyj i daj żyć tylko tym, którzy tobie też na to pozwalają”. …aha, nie będę też trendy. Umówmy się, że nie wszystko, co jest trendy, do mnie pasuje, albo mi odpowiada. Np. nie cierpię małych, błyszczących torebek i sweterków „przy ciele”. Wolę spodnie od spódnic. Mam tylko jedną parę markowych butów z ostrym szpicem z przodu i czuję się w nich tak, jakbym się urwała z „Historii żółtej ciżemki” ( średniowieczna opowieść o pewnym chłopczyku, niegdyś lektura szkolna). Nie odchudzę się ani o kilogram, przeciwnie, postaram się przytyć o dwa. Komedii „Ciało” nie uważam za dorównującą „Rejsowi”, a nawet wręcz przeciwnie. Nie cierpię Coelho, bo to JEST grafoman.
Za to nadal będę sobie czytać co jest, a co nie jest trendy (bo lubię o tym czytać), choć na co dzień i od święta będę sobą: w starym dresie, w ulubionym przetartym, męskim swetrze.
INNY:
— Czemu cierpisz na bezsenność, skoro to nieprawda? Zamieniaj łóżko w łoże tortur, jeśli znajomi powiedzą coś trafnego, czego o sobie nie wiedziałaś. Ale jeżeli nie mają racji, to niech senne koszmary dręczą ich, a nie ciebie!
— No, ale mówią o mnie źle — powtarza ona.
— Świat scala zarówno miłość bliźniego, jak i wszystko złe, co bliźni robią sobie nawzajem. Codziennie, idąc do domu, czytam na drzwiach windy Tyrakowska jest gupia k… i w efekcie codziennie mam okazję powiedzieć głośno tym drzwiom: — A nieprawda! — Wiesz, jakie to miłe? — pytam. Nigdy nie wiadomo, co umocni poczucie naszej wartości. Najlepiej, jeśli jest to coś, co w zamierzeniu miało nam zniszczyć samopoczucie…
JESZCZE JEDEN:
Chyba fajnie być trochę innym niż wszyscy?
Swoja drogą mama pisała ostro i zgadzam się z nią w pełni, ale nie jest to takie proste wszystko….
Idol? Autorytet ?
13 marca
Macie swoich idoli? A autorytety?
Zaczęłam się zastanawiać i….chyba nie mam. Miewałam, ale zmieniali się wraz ze mną. A teraz? Nie wiem…
W kuchni jak w życiu i vice versa
5 marca
Nie ma co trzymać się gotowych przepisów. Trzeba je urozmaicać i eksperymentować. Tak jak nie ma jednego przepisu na zupę, tak też nie ma na życie. Jest ich mnóstwo i pewnie każdy dobry…Zależy, co kto lubi.
Ja właśnie zrobiłam kulinarny eksperyment. Miał być makaron z kurkami a…do kurek dodałam ugotowanego w ziołach łososia(między innymi) i wyszło super. Choć ryzyk – fizyk . Ale udało się! Aż żal mi było dodawać to do makaronu…
Każdy przepis warto modyfikować wedle upodobań, gustu i potrzeb. Przepisy są dla ludzi, nie na odwrót. Eksperymenty, spontaniczność dadzą więcej niż trzymanie się sztywnych zasad/przepisów. Ale….to ryzyko. Choć dla mnie życie bez ryzyka to śpiączka, a nie życie.
P.S. Coś się rozgotowałam (zagotowałam) ostatnio… A to nie blog kulinarny:-) Kot nawet zjadł kawałek makaronu ( o co bym go nie podejrzewała), a teraz zajął swe miejsce na parapecie i przynajmniej nie dręczy mnie o żarcie.
Strasznie rozwydrzony jest i zmanierowany. Może jak ja? To pierwsze tak, drugie – nie. Maniery jakoś mnie nie interesują. I wracając do kuchni: wolę jedzenie zrobione z sercem – od standardowego, byleby było, „no bo trzeba ugotować obiad”. To już wolę nie jeść. Zresztą lepiej mi się gotuje niż je. I w kuchni i w życiu. A szkoda…być może?
Nie gram w domino
22 lutego
Znów poniedziałek i zaraz będzie znów piątek a potem znów poniedziałek a potem będę miała 60 lat i znów będzie poniedziałek…Jak nie dożyję tej 60-tki to też będzie poniedziałek, a nawet piątek. „Ach, jak zapierdala czas”, jak kiedyś śpiewał kumpel.
Takie to niby wszystko poukładane w dni tygodnia, w godziny, urodziny…A tak naprawdę jeden wielki chaos.
365 dni…Jezu! Jak to się wydaje dłuuugo. A mija jak pstryknięcie palcami. I nie wiem, co było w dniu 267 albo 153. Nawet dziennik nic tu nie daje, bo za dużo już tych zeszytów. Jakbym nie wyrzuciła tych sprzed lat to miałabym stosy pod sam sufit, miałabym ich 16790;-)
I leeeeeeeciii, jak efekt domina:
Poniedziałek – czyli zaczyna się: praca, obowiązki, sprawy odłożone „na potem”. I piątek, czyli hulaj dusza. A potem cykl się powtarza.
Może czas go przełamać?
Wiek
17 lutego
Zadzwoniłam dziś do swojej ciotki – nie ciotki. W pewnym sensie nie jest nią, ale fajnie mieć ciotkę;-) (NIE ciocię). Już kiedyś o niej pisałam a jej zdjęcie jest na stronie. Mówię: cholera, skończyłam 46 lat i nie wierzę w to. Ona się śmieje. Mówi, że bywają ludzie starzy w wieku 30 lat i młodzi w wieku 70 lat (jak ona, ale tego nie powiedziała, to ja to wiem), mówi, że jest wiek biologiczny i wiek psychiczny i jeszcze wiek emocjonalny. Ja jej na to, ze nie mogę narzekać, ale jeśli chodzi o emocje, to mam jakieś 13 lat. Ciotka znów się śmieje i mówi: teraz to jeszcze ok, ale wyobraź sobie, że masz 60 lat a emocjonalnie jesteś na poziomie 15-stolatki? To dopiero żenada. Ja : pewnie bym miała loczki na głowie i kokardki. W końcu doszłyśmy do tego, że każdy starzeje się inaczej, jeden szybciej, drugi wolniej i nie tylko o wygląd tu chodzi. I umówiłyśmy się na kolację w przyszłym tygodniu. Bo ta moja ciotka jest młodsza ode mnie. Nie emocjonalnie. Raczej mentalnie. Nie siedzi w domu jak niedźwiedź w norze, prowadzi życie towarzyskie, je boczek o 2 w nocy, chodzi do kina, na wernisaże i do teatru, wpada do swoich „kum” , jak je nazywa i one wpadają do niej. Ostatnio kupiła sobie kijki do nordic walking i laptopa. Telewizora nie ma, bo nie chce. I w ogóle ta moja ciotka jak czegoś nie chce, to tego nie ma a jeśli chce to ma i jest naprawdę młodsza ode mnie choć jej „wiek biologiczny” temu zaprzecza, bo dobiega 80-tki.
No i właśnie – ona do niej dobiega. A nie człapie . Taka już jest, ta moja ciotka;-)

