O codzienności zwykłej i niezwykłej.
Wpisy otagowane hipokryzja
Mój drażliwy temat
8 lutego
Mam wrażenie, że w tej rzekomo katolickiej Polsce 70% katolików to praktykujący – niewierzący. Jedyne, co robią, to chodzą do kościoła w niedzielę. I do spowiedzi, potem czują się czyści, usprawiedliwieni i dawaj, znów pobić żonę albo zdradzić męża. Typowy Polak – katolik jest nietolerancyjny i niestety nasz katolicyzm niewiele ma wspólnego z chrześcijaństwem. Podobnie niestety Kościół i wielu księży. Znałam kilku, którzy odeszli. opowiadali mi o funduszach alimentacyjnych, które są przy każdej plebanii, bo większość ma baby na boku i musi je utrzymywać, a jak proboszcz ma np 50 lat to te baby wcale nie chcą, by odszedł bo niby czym by się zajmował? A tak to może dawać pieniądze. Cała wieś wie, ale wszystko jest ok, póki nikt nie powie o tym głośno, póki taki ksiądz nie odejdzie. Wtedy: O Jezu, jaki skandal! Ale po cichu wszystko jest w porządku, oczywiście. Tak samo Polak – katolik. Nie rozwiedzie się, bo to według niego wstyd, ale zdradzać po cichu to nie jest wstyd. Co niedziela w kościele, klepie z pamięci modlitwę i nawet jej nie rozumie, bo jego drzwi są dla innych zamknięte, głuchy jest na pomoc innym, nienawidzi wszelkiej inności. Zresztą co ma wiara wspólnego z kościołem? Niestety niewiele. Kościół to instytucja nastawiona na władzę. Ksiądz często odczytuje kazanie -gotowiec z książki, bo mu się nie chce, a Polak-katolik bezmyślnie słucha i klepie pacierz. Ano niestety: Chrystus i Kościół, Chrystus i Polak-katolik to dwie kompletnie różne rzeczy.
Nie atakuję katolików, tylko Polaka-katolika.
Jest także kilku znakomitych księży. Szkoda, że kilku…
P.S. A „rzekomo” dlatego, że każdy kto ma chrzest natychmiast zapisywany jest jako katolik. Niemowlę bez wyboru. Mojej siostrze rodzice zostawili wybór, sama zdecydowała, jak miała 16 lat. A chrzest często jest tylko dlatego ” bo wszyscy tak robią” i dla imprezy, prezentów i bogatych chrzestnych. Nie mówiąc już o komunii, czyli pokazie mody.
P.S. 2: A rozwody?
Nie taki diabeł straszny …
Nie przeżyłam rozwodu, bo na szczęście nie wyszłam za mąż. Podobnie jak moi rodzice uważałam, że papierek nie jest potrzebny do bycia razem, a może nawet przeciwnie?
Wiele związków na kocią łapę ma się dobrze do dziś (niektórzy wzięli ślub dopiero po kilkunastu latach wspólnego życia, by uporządkować sprawy prawne).
Tymczasem wszystkie moje koleżanki, które wyszły za mąż na studiach, dziś są już po rozwodach. I twierdzą, że wolą żyć same niż przeżywać to jeszcze raz.
Tak to jest z tymi, którzy biorą ślub bo „tak trzeba”, bo „wszyscy tak robią”, bo ciąża….Biorą ślub nie dla siebie, lecz dla innych: rodziny, sąsiadów, znajomych. Niejako z rozpędu, no bo skoro wszyscy to my też musimy, prawda?
Moja znajoma po rozwodzie usłyszała od koleżanki: „Poniosłaś straszną porażkę”. Dostała ataku śmiechu. Od koleżanki, która od lat żyła w nieudanym pustym, pozbawionym miłości związku, ale uważała, że lepiej tkwić w ciepłym bagnie niż się z niego wydostać. Bo w jej mniemaniu rozwód to wstyd.
Pewien producent telewizyjny radził mojemu koledze, który właśnie wniósł sprawę o rozwód: „ No wiesz! Lepiej mieć pięć kochanek niż brać rozwód!” On także uważał, że to wstyd.
Dziwi mnie, ze w XXI wieku mamy aż tylu hipokrytów. Ludzi, którzy wolą żyć w piekle nieudanego małżeństwa niż po prostu się rozwieść. Tak, właśnie po prostu. Bez prania brudów na sali sądowej, bez szantażu („oskubię cię z całego majątku!”, „zabiorę ci dzieci!”), bez afer.
Inni moi znajomi rozstali się, ale rozwodu nie wzięli, bo nie był im potrzebny. Każde żyje z kimś innym, ale utrzymują dobre kontakty, dzielą się opieką nad dziećmi. Nie godzą się na to by sąd, rząd czy kościół dyktował im, jak mają żyć.
Nie jest to bowiem kwestia w jakim wieku żyjemy. To raczej problem Polaka-katolika, praktykującego niewierzącego, który wszystko robi na pozór, na zasadzie „co ludzie powiedzą?”
Ciekawe, ze najbardziej nieudane małżeństwa uchodzą na zewnątrz za idealne.
W domu piekło, dla innych – sielanka.
Nic dziwnego, że mamy w kraju tylu singli. Życie dla innych to pułapka. Chińska pułapka na palec, z której im bardziej człowiek próbuje się wydostać, tym bardziej się ona zaciska.
Taki człowiek to chodząca bomba zegarowa. Albo szuka pocieszenia w ramionach kochanek ( to nie jest wstyd, skądże!) albo siedzi w fotelu przed telewizorem pogrążony w marazmie. I ogląda seriale brazylijskie, by zagłuszyć wewnętrzne tykanie. Przypomina mi bohaterów filmu „Requiem dla marzeń”. Niestety, jakoś nie czuję współczucia.
Chciałam tylko powiedzieć, że…
8 stycznia
…. bardzo pozytywnym newsem, no BARDZO jest, że „podwyżki płac” możemy się spodziewać za rok. Bo tak w ogóle to bezrobocie spada na łeb na szyję, jakbyście nie wiedzieli….Wszędzie rosną plusy, akcje, pensje i „miejsca prac” a nasza giełda należy do najlepszych w Europie.
Jasne, że tak! Bo wszystko upada więc można tanio kupić, nie?
Nazwiska nie podam, ale pan biznesmen już kupił 3 (trzy) upadające pisma – w ciągu paru miesięcy.
Aha! Jeszcze mówią, że ‘Polska jest bardzo silnym krajem”.
W czym? W dewastowaniu?
Zatem już za parę dni, za chwil parę biorę plecak swój i gitarę….
P.S. Powtarzam raz jeszcze: (no na wszelki wypadek) JAK SIĘ NAJEDZIE MYSZĄ W PRAWY GÓRNY RÓG STRONY TO TAM MOŻNA ZWIĘKSZYĆ SOBIE CZCIONKĘ. To dla tych, którzy narzekali, że nie widzą.
Całkowity zakaz palenia = Dyskryminacja
7 stycznia
„nawet w autobusach”, powiedzieli w tiwi. A ja głupia nigdy nie zapaliłam w autobusie, choć tak mnie ciągnęło. To nie mogli wcześniej podać, że w autobusach wolno???
I może w tramwajach też, tylko nic nie mówili. A tak serio uważam że:
Całkowity zakaz to DYSKRYMINACJA. Powinny być miejsca dla palaczy (może nie w autobusach) ale w knajpach na pewno, na lotnisku itd. Widziałam raz jedną jedyną knajpę w NY, w której pozwolono palić – na jednym metrze kwadratowym puszczało dyma chyba z 20 osób. Nieźle się musieli czuć. (W tiwi widziałam).
Plajta naszych właścicieli pubów to już ich sprawa, ale absolutnie powinny być miejsca i dla tych i dla tych a knajpiarze niech wreszcie kupią chociaż wentylatory, bo większość nie ma wentylacji, „za drogo” mówią i w efekcie nawet ja, palaczka, po powrocie prałam ciuchy.Jak ktoś nie pali i mu przeszkadza to niech będą knajpy dla niepalących i dla palących na przykład. Ten, komu przeszkadza nie musi wchodzić tam gdzie palą. Najłatwiej zamiast zrobić jakiś podział, wprowadzić zakaz i już. Ciekawe, gdzie będą jarali nasi politycy? pewnie będzie jak z tym, co grzmiał, że nie wolno jeździć po pijaku, a za dwa dni złapali go pijanego za kierownicą…
Zakaz aborcji co spowodował? Podziemie aborcyjne kwitnie i ma się dobrze i wcale nie ma się to nijak do tego tematu.
Tak jak Monika w komentarzu uważam, że to jest ograniczenie wolności, żeby mi rząd zabraniał palić. Żeby mi COKOLWIEK zabraniał. Zwłaszcza taki rząd. Ja wiem, że Unia itd, ale i tak przesadzili z tym pomysłem.
Jak moja znajoma ma alergię na papierosy, to ja u niej nie palę, więc można się dogadać bez ustaw. Nikomu w twarz dymu nie walę, jeśli prosi, by nie palić w jego obecności. I tak to powinno być załatwione.
Jednocześnie ten sam rząd podnosi ceny papierosów – po co w takim razie?
Mam nadzieję, że nie wpadną na kretyński pomysł zakazu (całkowitego) palenia w mieszkaniach, jak chciał burmistrz w NY.
Ciekawe jak by to sprawdzali? Czujki by po domach chodziły? Najlepiej takie trzy wściekłe baby…;-) (Kiedyś chyba chodziły jakieś „trójki” w poszukiwaniu wagarowiczów?) Już widzę te baby jak wściubiają nosy i wąchają…..
Zresztą i tak ich nie wpuszczę, bo nie muszę, a jak wpuszczę to od razu zapalę kilka papierosów naraz!
Kiedyś – w innym mieszkaniu – nieopatrznie wpuściłam właśnie TRZY baby z administracji. Nie wiem, po co przyszły. Widzę od razu wkurwienie na ich twarzy bo była jakaś 13 godzina a ja w piżamie. One: (jedna do drugiej a ja stoję ): Tu są koty!!! Ja czuję mocz. Druga: Ja też czuję.
Z takim syczeniem charakterystycznym dla głośnego szeptu.
Nic czuć nie mogły, ale po co i na co były? chyba sprawdzić czy mam na kaloryferach wodomierz czy coś, ale żeby aż TRZY? Nie pamiętam po cholerę przylazły, bo zaraz poszłam spać z powrotem;-)
„Generalnie palenie szkodzi podobno. Chociaż, jak ostatnio dowiedli naukowcy nikotyna poprawia procesy myślowe.” – napisała mi w meilu koleżanka.
Toksyczne jest „toksyczne”
22 listopada

(W odpowiedzi dla wpisu barbinatora pod tekstem o poradnikach) .
Każdy ocenia innych. Ale niektórzy się w tym lubują. Gdyby im za to płacili to byliby multimilionerami. Najbardziej lubię jak robią to ci milutcy, grzeczni, poukładani. Do niedawna uwielbiali słowo „toksyczne”. Dziś już niemodne, więc wielki chór czyścioszków znajduje sobie coraz to nowsze, ale w tej samej tonacji.
Określenie „toksyczne” doprowadza mnie do mdłości . To taki wór, do którego wrzuca się wszystko co pasuje. Na szczęście już nie jest tak popularne, bo kiedyś panował szał na jego punkcie i wszystko tłumaczono toksycznością. Zalała nas fala książek o toksycznych rodzicach, toksycznych dzieciach, toksycznych związkach itd, itp, tc. Jak się komuś nie chciało poszukać dla czegos wyjasnienia, to zaraz: „toksyczne”.
Kiedyś zadzwoniłam do mamy i przerażona opowiadałam jej, jak w sklepie przy mojej ulicy mąż zabił żonę i wszyscy sąsiedzi zastanawiają się, dlaczego. A ona: ” Może miał toksyczne dzieciństwo?” Najpierw mnie zatkało, potem zaczęłam się śmiać. To właśnie było wtedy gdy wzruszano ramionami i mówiono: „on/ona jest taki jest bo miał toksyczne dzieciństwo”. I tyle. Kropka.
To tak jak z teorią, ze dzieci z rozwiedzionych małżeństw łatwiej wpadają w dragi i popełniają przestępstwa, póki nie okazało się, ze dzieci z tzw. dobrych domów także lubią dragi i popełniają przestępstwa . Zresztą kto wie co dzieje się za murami tzw. dobrych domów? Przekonałam się, ze większość małżeństw, które uchodzą za idealną parę, w rzeczywistości jak ulał pasują do tego znienawidzonego przeze mnie słowa. Bo wiele par żyje nie dla siebie tylko dla innych, na pokaz. Kiedyś znajomy szef krakowskiej kliniki psychiatrycznej (już nie żyje) powiedział mi: „żebyś ty wiedziała ile patologii jest w domach i rodzinach, które uchodzą za idealne?!”. Póki ktoś nie wytrzyma i idealnie walnie siekierką żonę w głowę.
Ileś lat temu robiłam reportaż o zaginionych. Okazało się, ze policja nieraz odnajduje „zaginionego” tyle, ze on po prostu uciekł z domu bo już nie mógł wytrzymać. A był to zupełnie zwykły dom. Widocznie dla innych zwykły ale dla niego „toksyczny”….
I tak sobie przyklejamy łatki i łaty, żeby było wygodniej i prościej. Jak w hipermarkecie elegancko leżymy na półkach z odpowiednią etykietką. Nawet jeśli myślimy, że jesteśmy inni i nie poddajemy się żadnej klasyfikacji to „inny” też łatka…
Mnie to już nawet nie denerwuje, Ameryki nie odkryłam w końcu. Jak ktoś mi przez godzinę robi wykład, że jestem niemoralna i wariatka, bo … i tu na ogół pada opis życia i poglądów „wykładowcy” to nie chce mi się nawet polemizować. Bo to jak rozmowa Chińczyka z Eskimosem. O tym, co myślę wolę napisać w książce. Już słyszałam od takich wykładowców, ze są oburzeni „Kobietą w…” .
Po filmie siostry „33 sceny z życia” recenzje były pełne pochwał dla filmu ale w niektórych pojawiały się opinie, że nasza rodzina (pokazana w filmie), ta „inteligencka rodzina” jak sie okazuje była „zdegenerowana
bo 1. paliliśmy papierosy, 2. piliśmy wino, 2. przeklinaliśmy.
Cudo.
Tak więc jestem toksyczna i zdegenerowana. Niestety typologia jest u nas mocno rozwinięta. Tylko po co?
Od dziecka starałam się nie przynależeć. Grupy i drużyny były mi obce. Chciałam pozostać niezakwalifikowana. Tymczasem są tacy, którzy - czy chcemy tego czy nie - pakują nas do jednego worka w zależności od tego, gdzie mieszkamy, co jemy, jakiej muzyki słuchamy a nawet jakie papierosy palimy. Osobiście palę czerwone marlboro i , jak niedawno przeczytałam, należę do grupy „mocnych sztuk”. Ktoś bowiem podzielił palące kobiety na slimerki, lightówki i mocne sztuki w zależności od papierosów, które lubią. Niestety zamiłowanie do marlboro zepchnęło mnie do najniższej kategorii kobiet, które mieszkają w małym mieście lub na wsi, mają zasadnicze wykształcenie, niską pensję, nocne życie już dawno za nimi, tęsknią do małej stabilizacji a wakacje spędzają w zaciszu domowego ogniska. Pozazdrościłam slimerkom, bowiem to one jako mieszkanki dużych miast posiadają wyższe wykształcenie, niezły stan konta, na wakacje jeżdżą za granicę i w ogóle to „babki z klasą”. Lightówki sytuują się niżej ale nie są w sytuacji beznadziejnej, niestety marlboro light mi nie smakują. Papierosy typu slim odpadają całkowicie bo to tak jakbym trzymała w ręce cienkopis a nie papierosa.
Jestem też - według innych podziałów (ankieterzy pracują u nas dwadzieścia cztery godziny na dobę) - singlem, bo do tej pory nie raczyłam wyjść za mąż no i „kobietą niezależną”, jak dziś nazywa się stare panny bez dzieci.
Ostatni nowy podział, o jakim słyszałam to ludzie „glamour” i ludzie „przaśni”.
Typologia stara jak świat jest. Typy i podtypy, w sumie nie wiadomo po co? By łatwiej kogoś zakwalifikować czy zrozumieć? Raczej to pierwsze. Jest ich tyle, że już żadne poza tymi najbardziej znanymi (typowymi) nie przychodzą mi do głowy. Może trzeba wymyślić jakieś nowe, na własny użytek?



