O codzienności zwykłej i niezwykłej.
Wpisy otagowane gotowanie
Rosół i inne zupy
26 stycznia
chyba w łóżku zostanę, poprawiając książkę i odmarzając. Zresztą znów mnie bierze po tym genialnym wyjściu w mokrych butach! Tak się spieszyłam, że…nie zauważyłam. Pomyślałam – zimne jakieś i dopiero na zewnątrz się zorientowałam. To może polezę i popracuję bo uaktywniam się jak zwykle nocą. Zresztą jak jest tak zimno, to ja już nigdzie się nie wybieram. No, na razie oczywiście. Także wiecie, czytajcie i piszcie…Będzie mi miło poczytać, jak odtajam.
Ha! Nawet ugotowałam rosół! Nawet bo nigdy ale to nigdy mi nie wychodził. ( źle mi się kojarzył też , typu godzina trzecia w niedzielę).
Jakoś w ogóle zup nie gotowałam, chyba że takie przecierane, bardziej musy no i zawsze mi ten rosół wychodził jakiś taki nijaki a tu nagle się udało, ale dodałam czubricy. (Polecam).
Ileż ja się naczytałam przepisów na rosół : a to gotować z pokrywką a to bez pokrywki….Jak ktoś ma naprawdę dobry przepis to ja bardzo proszę. A jakąś zupę na mrozy to już w ogóle bardzo proszę, byle łatwą i bez mąki.
Będę wdzięczna!!! Na tę zimę. (Bo z rosołu to ja tylko skrzydełka i warzywa wyżeram). Także piszcie, wspomożecie zaziębioną blogowiczkę;-)
P.S. Umiem gotować, nie myślcie sobie! Tylko zup nie jadałam nigdy a jakoś mnie wzięło……..(przez ten mróz).
P.S.2.
A te zupy dobre są by nie przytyć zimą. Bo wiecie, zacytuję własny dawny felieton na koniec:
DIETA, czyli: jak przytyć 20 kilogramów…..
MUSIMY się odchudzać! Krzyczą nagłówki artykułów w gazetach nie tylko dla pań, w telewizji, radiu, prasie – WSZĘDZIE – reklamy tabletek i napojów odchudzających, kremów i balsamów ujędrniających, fałszywych nadziei w postaci zdjęć grubej pani, która „bez wysiłku i rezygnacji z ulubionych potraw” schudła 20 kilogramów w jeden miesiąc.
Pamiętam historię dziewczyny z Krakowa, która tak bardzo chciała szybko schudnąć, że wypiła dwie butelki octu, po czym umarła.
Cóż, sama się odchudzałam. Przytyłam niegdyś 15 kilo w czasie rocznego pobytu w USA. Po powrocie zaczął się koszmar. Nie zapomnę tych nocnych męczarni: w co się jutro ubrać, by zakryć zbędne kilogramy? Jak dobrać bluzkę do spodni? Wstydziłam się znajomych, wstydziłam się nieznajomych. Pracowałam źle, sypiałam źle, wciąż miałam zły humor i w kółko się ważyłam.
Pewnego dnia wyrzuciłam wagę i…zaczęłam chudnąć. Ale nie za pomocą wagi – magii, tylko rezygnacji. W końcu coś za coś. Przestałam się obżerać, przestałam jeść pieczywo, słodycze (od których łatwo się uzależniam i teraz jeśli mam ochotę na coś słodkiego, to jem, owszem, ale przez cały dzień: ciasta, desery, czekoladki. I nic więcej. A potem przez miesiąc nie tykam nawet cukierka. Podobno, jak dowodzą badania, takie jednodniowe obżarstwo mniej tuczy niż spożywanie codziennie jednego kawałeczka czekolady) i wszelkie węglowodany.
Pierwsze dni były okropne, ale gdy zmniejszył mi się żołądek, odkryłam że wcale nie muszę pogryzać oglądając ulubiony film orzeszków ani chipsów tylko suszone owoce. Nie musze kupować na seans do kina pięciu batoników tylko gumę do żucia i wodę.
I że nie ma sensu się odchudzać – wystarczy zmienić nawyki żywieniowe. I to wszystko. Dużo? Wcale nie.
Diety odchudzające kojarzą mi się z czymś co nazwałam kiedyś „dietą Olgi Lipińskiej”. Otóż pani Olga spędzała wakacje tam, gdzie ja z moja siostrą i rodzicami, w mazurskiej wiosce nad jeziorem. Pewnego dnia dała nam przepis na „ świetną dietę”, dziś zwana bodajże „kopenhaską”. To ta trzynastodniowa dieta, która od lat zmienia nazwę i po której chudnie się 10 kg i tyje 20.
Zanim przystąpiłyśmy do spożywania na śniadanie jednego jajka na twardo, postanowiłyśmy z siostrą urządzić „Pożegnanie z jedzeniem”. Zakupiłyśmy wszystko co pyszne i tuczące. Jadłyśmy cały wieczór aż padłyśmy spać. Na drugi dzień zamiast przesytu zorganizowałyśmy….kolejne „pożegnanie z jedzeniem”. A potem kolejne. I jeszcze jedno.
I tak wyglądała nasza dieta, „dieta Olgi Lipińskiej”.
Od tamtej pory mam jedno postanowienie: żadnych diet!!!! Żadnego katowania się jajkami na twardo tylko po to by potem kilogramy wróciły do mnie ze zdwojoną energią.
Aha: proszę wyrzucić z domu wagę. To naprawdę działa!
To może coś na rozgrzewkę
25 stycznia
oto mój mały poradnik;-)
Czyli: Jak być sexy w kuchni?
))
Przeczytałam gdzieś ostatnio, że kobiety – żony – nudzą się mężom po kilku latach głównie z powodu garów. „Stoi przy garach i zrzędzi”, mawiają albo : ”tłucze się tymi garami, a ja mecz oglądam!” lub – zaprzeczając samym sobie – „miejsce baby jest przy garach”.
Skoro tak, proponuję by każda kobieta, która nie trafiła na kucharza, odnalazła swoje miejsce „przy garach”.
Na początek strój. Może to być elegancki fartuch założony na pończoszki i top. Stopa – koniecznie bosa, tuż po pedikiurze, lekka, szczupła, zachęcająca.
Ruchy – baletnicy. Na początku oczywiście. Generalnie, wszystko dozwolone byle z gracją.
Konieczny będzie młynek, makutra, drewniana łyżka i ubijaczka do piany, oczywiście ręczna. Jajka, przyprawy, zwłaszcza cynamon, truskawki, maliny i śmietana.
Co będzie na obiad absolutnie nie ma znaczenia, ponieważ i tak są to ruchy wyłącznie pozorowane.
Gdy mąż wchodzi do mieszkania i wali się na kanapę z niezmiennym pytaniem : „Kiedy obiad?”, żona zamiast warknąć „zaraz”, wychodzi z kuchni do salonu i mówi kocim głosem: „Za kwadrans kochanie” uśmiechając się pomalowanymi na czerwono wargami.
Wracając do kuchni ma już pewność, że zaskoczony małżonek ruszy jej śladem. Gwarantuję, że stanie jak wryty gdy żona wdzięcznie będzie kręciła młynkiem, a jeszcze lepiej ucierała w makutrze drewnianą kulą masę śmietanowo- truskawkowo- malinową, co jakiś czas wsadzając palec do masy i oblizując go z rozkosznym: „mhmmmm”.
Rozsypany cynamon wydzielać zaś będzie przyjemną woń.
Kiedy rozgorączkowany do nieprzytomności mąż chwyci żonę i zacznie ją namiętnie całować, ta niech się wyrwie z lekkim okrzykiem: „poczekaj kochanie, wezmę tylko prysznic, przecież cała jestem w truskawkach” i biegiem do łazienki zanim zdąży ją ponownie złapać.
Kiedy już żona znajdzie się w bezpiecznym miejscu, zamknięta w łazience, może sobie (żona oczywiście) w spokoju wyjąć gazetę, zrobić sobie kawę w czajniku elektrycznym i zapalić papierosa. Wszystkie te rzeczy wystarczy wcześniej ukryć w łazience.
Kiedy zdezorientowany mąż zacznie dobijać się do łazienki, żona warknie: „przestań zrzędzić! Zabieraj się za naleśniki!”.
Z łazienki proponuję wyjść po około godzinie, koniecznie w starych dresach i z papierosem w ustach.
I kazać mężowi posprzątać cały ten bajzel.
„Inaczej nici z seksu, kochanie!!!!”
Być może małżonek zrozumie, że zamiast walić się na kanapę lepiej spytać żonę: „A może pomóc ci przy obiedzie, skarbie?” . Cóż, być może…..
No to tak dla jaj i z tego zimna;-)
Ale może ktoś skorzysta…?;-)
TEN własciwy smak
21 grudnia
Co roku przed Świętami Bożego Narodzenia odczuwam nieuzasadniony niepokój. W czwartek Wigilia a ja mam jeszcze 3 artykuły do napisania, katar i niechęć do wszystkiego.To okropne uczucie, którego nienawidzę! Kiedy siadam przed komputerem, otwieram plik i zaczynam pisać pierwsze zdanie. Deletuję je. Od nowa. Znowu przycisk „delete”. Od nowa. Znowu…W końcu biorę odkurzacz, szaleję z mopem, czyszczę nawet krany i myję lodówkę . I nic. Dalej mi nie idzie. Trzecia kawa. Herbata.Mandarynka.Znów otwieram plik. I znów to samo. Jestem tak podminowana że chyba wysprzątam całą kamienicę. Może potem zacznę jeszcze raz. Ale kiedy zdarza mi się coś takiego, to już wiem że będzie ciężko, że nie czuję tekstu. Nie dziś. Przecież na ogół szło mi jak z płatka od pierwszego zdania do ostatniego! Może to tylko dziś, oby. Znów ten lęk że straciłam zdolność pisania. Wiem, że to się zdarza. Szlag jasny! Spróbuję zająć się chwilowo czymś innym. A w głowie i tak wciąż to pierwsze zdanie jakby siedziała w niej nienormalna stuknięta papuga!!!
Wyszłam się przewietrzyć. Niewiele to dało.
Lepiej odstawić zdania na chwilę; niech się przegryzą ze sobą. Jak składniki w potrawie, która musi odczekać by zyskać TEN właściwy smak i aromat. Są dania, które robi się szybko i zjada od razu a są takie , które smakują dopiero po czasie. Tak mi się jakoś kojarzy dziś wszystko z kulinariami, mimo że do Wigilii jeszcze dwa dni. Pamiętam jak w domu rodzice w dzień Wigilii już tylko doprawiali, smakowali, a całą poprzednią noc robili barszcz, kapustę z grzybami, karpia po żydowsku i w galarecie. A! No i sernik, genialny sernik mamy, która miała swój własny przepis, przekazany przez moją babcię. Szkoda, że nigdy go nie zapisałam. Sernik miał czekać w ochłodzonym pomieszczeniu ale i tak nikt nie wytrzymywał i zjadaliśmy po kawałku, jeszcze ciepły. A w Wigilię ojciec przygotowywał karpie, starannie oddzielając tzw. mleczko. Mało kto wie, co to właściwie jest. I lepiej nie mówić;-) A smakuje genialnie! Jest tylko w niektórych karpiach. Biliśmy się zwykle o to mleczko, które najpierw babcia a potem mama smażyła w panierce. Nie wiem, skąd wzięła się nazwa; pewnie stąd że to najdelikatniejsza część tej ryby. I pomyśleć, że ludzie ja wyrzucają!
Oczywiście, co roku obiecywałam sobie (podobnie jak moja siostra), że nauczymy się od mamy – tak jak ona od swojej – potraw wigilijnych. I oczywiście co roku tego nie robiłyśmy. Zresztą mama wyrzucała nas z kuchni: „Nie umiecie lepić uszek! Zepsujecie wszystko, lepiej zajmijcie się czymś innym”. No i nie umiemy. A te jej uszka były nietypowe, duże jak pierogi z ogromna ilością farszu. Nie mówiąc już o karpiu po żydowsku na zimno – w życiu bym tego nie zrobiła.
Z gotowaniem jak z pisaniem- nie należy trzymać się wiernie przepisu .
Dodać szczyptę wyczucia, łyżkę intuicji, 21 gram duszy, chochlę serca…………. no i kosztować, kosztować, kosztować aż będzie TEN właściwy smak.
Nie tylko pisania to dotyczy……..ech……….

