O codzienności zwykłej i niezwykłej.
Wpisy otagowane doły
Ale pyszne;-)
12 lutego
KUCHNIA WŁOSKA – Włoski krupnik z Trydentu – Przepis.
Jak zwykle nocą bierze mnie na jedzenie, ale i tak już nie będę jadła. Za to uwielbiam czytać przepisy. Zwłaszcza tu: www.kwestiasmaku.com
A czytam, bo jakiegoś doła nagle złapałam…Nie mam pojęcia, dlaczego. Ni stąd ni zowąd. Po prostu.
Muszę koniecznie coś zmienić, jeszcze nie wiem co…
Może siebie:-)
Patenty
18 grudnia
Wpadłam do dawno niewidzianego znajomego. Wychudzony jakiś. W mieszkaniu cicho, ciemno, pali się tylko kilka świeczek.
- Wyłączyli mi prąd – mówi. Siedzi na kanapie, obok miska ryżu. Suchego, surowego. I szklanka wody.
- Komórkę też – dodaje. I milknie. Wpatrzony w ścianę jak lunatyk sięga do miski, dłonią nabiera ziarenka ryżu, wrzuca do gardła i popija wodą.
Na wszelki wypadek ja też milczę bo może zwariował?
- To mój patent na głód – mówi – taki surowy ryż popity wodą pęcznieje w żołądku i nie chce ci się jeść. I milknie. Na dłużej. Siedzimy w ciszy przy dogasających świeczkach.
- Akurat ryżu mam sporo. Zawsze lubiłem risotto – mówi po jakichś 15 minutach.
Lubił, to fakt. Kupował tylko i wyłącznie włoskie risotto . W ogóle dużo kupował. W kuchni, w której nieustannie coś gotował – gotowanie było jego pasją – piętrzyły się rozmaite puszki i słoiki z przyprawami, oliwami, sosami, octami balsamicznymi, winnymi, sojowymi, paczki makaronów różnego rodzaju od zielonego tagliatelle po czarne kałamarnicowe spaghetti, francuskie wina. W lodówce miał świeże ryby, owoce morza i co tylko dusza zapragnie. Gotował i zapraszał i jeszcze podawał jak w najlepszej restauracji, w miseczkach, półmiskach, talerzach i talerzykach…
A tu ryż. Surowy. I kranówa.
- Idę spać – mówi – We śnie jest lepiej.
- Ale…no…może powiesz o co chodzi?
- A kurwa o to, że wywalili mnie z roboty! Nie widać? Co miałem, zjadłem. Został ryż. To dobry patent na odchudzanie, tak przy okazji.
Wpakował się pod kołdrę, no to wyszłam.
I przypomniałam sobie własne patenty. W komunie trudno było o suszarkę do włosów, a suszenie nad gazem lub wsadzanie łba do piekarnika było niebezpieczne, o czym przekonała się niejedna moja koleżanka. Potem człowiek skazany był na czapkę bo peruk też nie było. A jak były to tylko takie blond z loczkami. Miałam długie włosy i nie chciało mi się czekać aż wyschną, żeby wyjść z domu. Pewnego dnia kiedy odkurzałam odkryłam, ze jak wsadzę rurę odwrotnie (to był strasznie stary odkurzacz), to dmucha ciepłym powietrzem. To był patent numer jeden. Patent numer dwa polegał na tym, że – naprawdę nie wiem jak ja to robiłam, ale jakoś wkładałam włosy do rury przy włączonym odkurzaczu i miałam super kręcone loki. Trochę zalatywały kurzem. A patent numer trzy to było obcinanie włosów nożyczkami do paznokci i strzępienie ich przy pomocą brzytwy. Fryzjerzy byli, ale nie w salonach tylko w zakładach fryzjerskich i lepiej było tam nawet nie wchodzić. Chyba że ktoś chciał się oszpecić i nawdychać wody tlenionej.
Sporo miałam tych patentów, szycie kiecek z zasłon, farbowanie ich w pralce Frania itd….
Napiszę więcej innym razem, bo miałam dziś POTWORNIE FATALNY DZIEŃ i mam doła . I nie mam patentu na niego. Nie dziś.
Idę pod kołdrę, bo „we śnie jest lepiej”.
