O codzienności zwykłej i niezwykłej.
Wpisy otagowane beztalencie
Pisanina i krytyka
20 stycznia
Na razie mam redakcję książki ( i fazę , ze jestem beztalenciem;-) Najbardziej emocjonujący moment jest wtedy, gdy książka wychodzi i czekam na recenzje i oddźwięk czytelników (zwykle to są meile, czasem zwykłe listy. To strasznie dodaje sił!!! ). Jak te cholerne recenzje są dobre, jestem zadowolona i mam ochotę pisać kolejną. Przyznam, że boję się złych recenzji tak jak boję się krytyki w ogóle, bo potrafi paraliżować. Zwykle jak są dobre to się cieszę i dostaję dobrej adrenaliny. Potem jak już fala przejdzie, następuje cisza i to jest nieciekawy moment, kiedy zaczynam się zastanawiać, czy jeszcze w ogóle coś napiszę. I że czas leci tak szybko, a późno zaczęłam i muszę się spieszyć no i zaczyna się nerwica.
Kiedyś nie rozumiałam mojej matki jak po wydaniu książki i świetnych recenzjach – ona nagle wpadała w stany niemal depresyjne. Pytałam: „Jak to, nie cieszysz się???” Ona odpowiadała, że to „cieszenie się” trwa chwilę a potem zaczyna się nerwica pod tytułem: co dalej. I to bardzo szybko się zaczyna. W końcu pisała kolejną i nigdy nie wiedziała, czy to co pisze jest dobre mimo, że miała na koncie już kilka bestsellerów. No i tak to jest z tym pisaniem. To nieprawda, że recenzje się nie liczą. Niektórzy pisarze tak mówią, ale ja im nie wierzę. Każdy twórca jest próżny i potrzebuje pochwał.
To nie dotyczy tylko pisania. Są ludzie, których krytyka pcha naprzód, mnie paraliżuje i zatrzymuje.
(Jak ktoś mi mówi, ze napisałam do dupy powieść, to mam ochotę pracować w warzywniaku, ale pewnie gdyby jakiś kupujący nagle oznajmił, że sprzedaję zgniłą paprykę to pewno zaraz bym warzywniak zamknęła).
Nie wiem jak Wy z tym macie? Ja chyba nie mam odporności na krytykę.
Oszołom
13 stycznia
Znowu miałam kilka wersji gotowej książki, tylko że ich nie usunęłam. I teraz się okazuje, że wysłałam chyba nie tę, co trzeba, więc podesłałam tę dobrą, ale zginęły – jakimś cudem – wszystkie akapity i światła. No ja się zabiję!
Po co ja przechowuję różne wersje tego samego tekstu? To samo się tyczy artykułów. W redakcjach mają mnie za świra i mnie NIENAWIDZĄ gdy dostają piąty z kolei mail pt: „Tym razem to już ta dobra wersja”.
Musze się wziąć w karby.
W związku z tym zrobiłam super porządek na pulpicie i w folderach i za cholerę nie wiem, gdzie co jest a niestety nie skopiowałam na pendrive’a, płytkę ani nigdzie NICZEGO. I pewnie wywaliłam dobre wersje, a zachowałam szkice i mam tego dosyć. Dosyć.
Po co robić porządki? Już raz wywaliłam pity i dowód osobisty. Bo sprzątałam w szufladzie. Naprawdę nie warto tego robić. Chyba że pod czyjąś czujną kontrolą. To już chyba lepiej jak to dawnymi laty zamiatałam śmieci pod szafki i uważałam, że jest taaaak czysto. Bo brudu nie widać. Ale przynajmniej jak coś zginęło, to się w tym brudzie odnalazło.
P.S. A jednak komputer ma wady. Zapomnisz hasła do pliku? Po pamiętniku!
(właśnie mi się to stało, wracam do starych dobrych zeszytów w linijkę. Tych to dopiero mam! A jaki w nich bałagan! Bo jak mi się nudził jeden to kontynuowałam pisaninę w kolejnym, ale teraz nie wiem, który jest który. To wszystko jest bez sensu). I oczywiście o tej porze, a jak!
Nie. Tym razem nie będę sprzątała do rana tego bałaganu, który narobiłam chcąc mieć porządek.
Ale wiecie co ? Jestem pedantką. Serio. Niczego nie wolno nawet dotknąć na moim biurku ani przesunąć. Niczego.
Google rządzi? ( i Pudelek też, podrzędnie)
24 listopada
jeśli kogoś nie ma w wyszukiwarce google, to znaczy że nie istnieje?
taki społeczny parias?
a nawet jeśli jest to jego status wyznacza liczba wyskakujących stron a następnie JAKICH stron.
Im więcej stron tym bardziej się liczysz ale w środowisku kolorowych pism absolutnie chociaż ze dwa razu musisz pojawić się na pudelku, żeberkach itp. plotkarskich portalach, bo tam sama śmietanka bywa, vipy i znane megagwiazdy ( w majtkach lub bez). Jak się pojawi nius ze np. pani L. zmieniła kolor włosów, to zaraz wszystkie inne portale o tym napiszą a i wywiadziki będą w czasopismach. Wprawdzie większość ludzi ( mam na myśli tych, którzy nie żyją od serialu do serialu i nie czyhają na niusy pudelkowo-żeberkowe) nie wie kim jest pani L. ale nie szkodzi. Ważne że wie to Pudelek i sama pani L. Jak się z miesiąc utrzyma na portalach to znaczy że sławna jest. Ale niestety po miesiącu już robi się przeterminowana i zastępują ją X,Y,Z…..Wszyscy (czyli ci od wymyślania „tworów medialnych” a la pani L. czy pani U.) się pocą, by znaleźć następczynie, więc zaraz kolejny serialik albo tańce na lodzie w bikini i na rolkach połączone ze śpiewem. Koniecznie ze śpiewem, bo wtedy od razu mamy nowe muzyczne „odkrycia” i jest kim zapełnić estradę Sopotu czy innego Opola. A jak się pani U. potknie i wywali na lodzie, i ramiączko od stanika odpadnie to rany! Ile zdjęć na Pudelku będzie! I tak leci kabarecik…

Jeszcze niedawno by zaistnieć to znaczy ZAISTNIEĆ wystarczyło się przyznawać. Najpierw kto mógł przyznawał się do alkoholizmu i wciągania dragów, nawet zagorzali abstynenci. Potem, jako ze nałogowcy już się wszystkim znudzili i spowszednieli, nastąpił wysyp gejów, co zaraz podłapali heterycy i zaczęli paradować w paradach i marszach (byle w pierwszym rzędzie) i dzielić się swoimi doświadczeniami gdzie się tylko da, byle publicznie.
To ja już nie wiem, do czego się teraz przyznać??? Ale tak, żeby od razu furorę zrobić i żeby łącza się przepaliły z zachwytu i prąd zgasł w całym kraju ! No, do czego? Może milioner wyzna, ze tak naprawdę mieszka w budce skleconej z tektury (własnoręcznie, według podręcznika „Zrób to sam”) a te wille to fałszywe były i komputerowo wygenerowane? Ale niestety już pan W. – ten, który „jest jaki jest” ogłosił, że klepie biedę i o datki prosi. A że bieda niemodna więc to jest zły chwyt. Zatem pytanie pozostaje otwarte.
