O codzienności zwykłej i niezwykłej.
O MNIE




(dwa ostatnie fot.Beata Wielgosz). A karykatura Milena Milewska.
Nazywam się Katarzyna T. Nowak. Dla przyjaciół – nowaczka;-) Niektórzy nazywają mnie terakosia.
To adres mojej oficjalnej strony:
katarzynanowak.universum.net.pl
oj grzeczna to ja nie byłam:
(kliknij w video, jak masz Windows media Player
Lubię pisać. Po prostu. Listy, e-maile, dzienniki, książki. Napisałam trzy (aż…tylko?) książki:
„Moja mama czarownica. Opowieść o Dorocie Terakowskiej” (2005, Wydawnictwo Literackie)
To nie tylko biografia mamy, także opowieść o rodzinie i domu. Wydana ja także na Litwie pod zabawnym (w brzmieniu) tytule:
Kolejna książka:
„Kobieta w wynajętych pokojach” (2007, Wydawnictwo Literackie).
Czytelnicy różnie ją interpretują ( i słusznie) , ale zgadzam się z tym, co napisała mi w e-mailu Magda Umer: To książka o twojej matce. Niełatwo będzie ci znaleźć bliskość, jaką miałaś”.
Trzecia książka jest od 29 kwietnia. 
Jej fragment (jeszcze nieco roboczy) tu: Kasika Mowka
To ja:
)
Trochę o mnie:
Mieszkam w Krakowie w Starym Mieście, blisko Kazimierza.
Wychowałam się w rodzinie, w której ważni byli ludzie, a nie przedmioty. Rodzinie artystycznej ale i dość szalonej. Czasami to szaleństwo męczyło, ale nie zamieniłabym swojego domu na żaden inny na świecie. Dziś mi go brak.Mama Dorota Terakowska była dziennikarką i pisarką, Maciek Szumowski dziennikarzem i reżyserem. Moja siostra Małgorzata Szumowska poszła w jego ślady, ja – mamy. Naturalna kolej rzeczy. Odeszli nagle, najpierw mama, a w trzy tygodnie potem tata. (Maćka, mimo że był moim ojczymem nazywałam zawsze tatą, ponieważ mnie wychował. Miałam dwa lata gdy związał się z mamą). Są w pamięci ludzi i to się liczy. Nazywam się Nowak, gdyż pierwszym mężem mamy był Andrzej Nowak, muzyk jazzowy. Gdy rodzice żyli, mówiłam zwykle: tata jeden i tata dwa;-) Mama chciała bym zmieniła nazwisko na Terakowska (w Polsce niewielu ludzi tak się nazywa) ale w końcu tego nie zrobiłam.
Zamieszanie z nazwiskami w naszej rodzinie najlepiej opisała mama w jednym ze swoich felietonów:
Moje córki trening „inności” przeszły w szkole podstawowej. Nie wiem, jak to wygląda dziś, ale w tamtych latach wychowawca dociekał, co robią rodzice, czy dziecko ma rodzeństwo, kto pomaga odrabiać zadania, itp. Wyglądało to mniej więcej tak: – Kasia Nowak! Jak się nazywa mama? Nowak i co dalej? – Nie, mama nazywa się Dorota Terakowska.
- Hmmm… – mruczała nauczycielka, nie wiedząc, że to prolog jej kłopotów. – A tata?
- Który tata? Tata Maciek czy tata Andrzej? – pytała siedmioletnia Kasia. – Chyba nie masz dwóch ojców! – wołała nauczycielka. – Mam – mówiła z powagą Kasia, która przywykła mówić „tato” zarówno „oryginalnemu” ojcu, jak i mojemu wieloletniemu partnerowi.
- Który ojciec jest prawdziwy? – wołała zdenerwowana nauczycielka. – Obaj – stwierdzała Kasia, bo obaj wydawali się jej jak najbardziej prawdziwi. Zrezygnowana nauczycielka rzucała kolejne hasło – „rodzeństwo”, nie mając pojęcia, w jaką pułapkę się pakuje. Nasza trójka dzieci z dwóch różnych małżeństw chowa się przekonaniu, że jest prawdziwym rodzeństwem. No bo jest. – Siostra Małgosia Szumowska i brat Wojtek Szumowski – oznajmiała zatem Kasia.
- Moment… Ty nazywasz się Nowak, mama Terakowska, a rodzeństwo Szumowscy?! – wołała nauczycielka, a część klasy, w której rodzinach wszyscy nazywali się jednakowo, chichotała przymilnie. Ale Kasia rozglądała się z dumą po klasie. Była jedyna w takiej sytuacji, a ja już ją nauczyłam, że to jest dobrze, a nie źle.
Za czasów dzieciństwa Małgosi sprawa się skomplikowała, bo pojawił się pierwszy pies. Zawsze tłumaczyłam, że zwierzęta to członkowie rodziny, zatem na pytanie o rodzeństwo Małgosia mówiła: -Siostra Kasia Nowak, brat Wojtek Szumowski i brat Kusy.
– Kusy? Jaki Kusy? – dociekała nauczycielka. – Terakowski i Szumowski – mówiła Małgosia, dzieląc psa równo pomiędzy nas.
A tu moja rozmowa z moją siostrą. Wywiad ukazał się w listopadowym numerze Twój Styl 2009:
Zwykła chwilaNasz dom rodzinny, który dawał nam poczucie siły i bezpieczeństwa, w niecałe pół roku przestał istnieć.To była rodzina, w której liczyli się ludzie, a nie meble i nie to, co „inni powiedzą”. Nieraz dochodziło do afer, ale mieliśmy świadomość, że możemy wzajemnie na siebie liczyć. Małgosia, która zawodowo poszła w ślady ojca miała z nim głębszy kontakt, mnie bliższa była mama. Do niej zwracałam się, gdy przydarzyło mi się coś fajnego. Lub złego. Nie mieszkałyśmy razem, ale dzwoniłyśmy do siebie po kilka razy dziennie, razem chodziłyśmy na zakupy, do kina, teatru, na długie spacery z psem… Podobna relacja łączyła moją siostrę z ojcem. Po ich śmierci czułyśmy się jak dzieci, które nie wiedzą, dokąd pójść. Małgośka dorosła wcześniej, bo sama stała się matką. U mnie ten proces jeszcze trwa.
Katarzyna T. Nowak: Kiedy powiedziałaś , że zamierzasz nakręcić film oparty na wydarzeniach które nam się przytrafiły, byłam przerażona. Pomyślałam, że nie dasz rady podejść do tego czysto zawodowo, nie zachowasz dystansu i film będzie niedobry.
Małgorzata Szumowska: Cały czas – i w czasie choroby matki i po śmierci rodziców – robiłam notatki. Krótkie, niekiedy jednozdaniowe zapisy tego, co mnie zaskakiwało zarówno w sobie jak i w reakcjach moich znajomych. Nie miałam wtedy pojęcia, że będę robiła film. Zapisywałam nie tyle własne emocje, ile dziwne zachowania ludzi. Kiedyś zobaczyłam na ulicy dawno nie widzianego znajomego, a on przeszedł na druga stronę. Ludzie kompletnie nie wiedzieli jak się zachować w mojej obecności. Choroba, śmierć, cierpienie jest wyrzucane na margines, nie chcemy o tym słyszeć. Gdy po roku od śmierci rodziców spotkałam znajomego Anglika, krytyka filmowego po kilku minutach przyznał się, że bał się tego spotkania, bo wydawało mu się, że mogłam zwariować….
KTN:Miałam w Krakowie swoją ulubioną knajpę.Kiedy przyszłam tam po dwóch pogrzebach, na kilka sekund zapanowała grobowa cisza, po czym wszyscy zaczęli radośnie wołać: „Cześć! Siadaj!”. Tylko, że kiedy usiadłam, zrobiło się sztywno. Zwykłe: „co słychać?” było nie na miejscu. Zaczęłam unikać znajomych, bo czuli się ze mną źle.
MS:W tym czasie chciałam normalności. Siedziałam w szpitalu przy łóżku matki i rozmyślałam co sobie kupię, jakie spodnie, o jakim kroju, w jakim kolorze… Absurd. Nigdy do głowy by mi nie przyszło, że w obliczu śmierci będę rozmyślała o spodniach!
KTN: Ja myślałam o tym, co będę robiła wieczorem albo po prostu chciałam jak najszybciej wyjść. Nie kojarzyłam osoby leżącej w łóżku z moją matką. To była ona i nie ona jednocześnie.
MS: Właśnie takie sytuacje i reakcje zapisywałam. Twoje też. Kiedy byłam w ciąży ciąży trafiłam na te zapiski. Zrozumiałam, że moje poprzednie filmy pokazywały śmierć patetycznie, poetycko i nieprawdziwie. Jak mogło być inaczej, skoro nie wiedziałam nic na ten temat? Już pracując nad scenariuszem, przeczytałam dzienniki Ingmara Bergmana i jego córki, w których opisywał, jak umierała mu żona. Jego reakcje były niemal identyczne jak nasze. Bergman potrafił tygodniami nie chodzić do szpitala, a córce, tak jak tobie, wydawało się, że to nie jej matka umiera. Więc mój film jest zaskakujący – ale tylko dla tych, którzy nie przeżyli takiej sytuacji.
KTN: Próbowałam opisać, jak dziwacznie się czułam, w powieści „Kobieta w wynajętych pokojach”, chaotycznej, nerwowej, chwilami tragikomicznej. Nie potrafiłam zrozumieć, że gdy dotknie cię jakaś tragedia, wokół ciebie robi się pustka!
MS: Pamiętasz, jak umarł nasz sąsiad na mazurskiej wsi? Przez trzy dni czuwali przy zwłokach krewni, którzy zjechali z całego świata, znajomi, sąsiedzi, zawodowe płaczki. Trzymali zwłoki w domu i zachwycali się, że się nie rozkładają. A konkretnie mówili: „tatuś dobrze stoi” i byli bardzo dumni.
KTN: Wdowa nie została sama, powoli oswajała się z nową sytuacją.W miejskiej kulturze, ktoś, kto traci bliską osobę, traktowany jest jak trędowaty.
MS: Dlatego nie chciałam zrobić filmu autobiograficznego.Przekraczać granice intymności? Po co? Nie chciałam, by ludzie nerwowo pytali : jak to, zrobiłaś film o śmierci własnych rodziców? Pisząc scenariusz wprowadziłam mnóstwo fikcyjnych wydarzeń. Dzięki temu nie miałam wrażenia, że opowiadam o sobie. Czułam się silna, doskonale wiedziałam, czego chcę. Na planie filmu Julia Jentsch miała problem z tym moim zdecydowaniem, bo koniecznie chciała zrozumieć to, czego zrozumieć nie mogła: na przykład, dlaczego siostry dostają ataku śmiechu, gdy każda boi się zdjąć umierającej matce zsuwające się z nosa okulary. W pojęciu Julii one powinny płakać, nie chichotać. Julia czuła chaos i była pogubiona wewnętrznie, i to właśnie zagrała… Bałam się, jak zareaguje gdy pokażę jej film. Powiedziała, że przyjechała jako dziewica, a wyjeżdża jako osoba zgwałcona psychicznie. Ale film jej się podobał.
KNT: Julia musiała się przełamywać, by pokazać coś czego nie zrozumiała. Iza Kuna, która w filmie gra siostrę, powiedziała mi, że strasznie się boi, bo jeszcze nigdy nie wcielała się w kogoś, kto istnieje i kogo ona zna.
M.S: Filmowa siostra miała być tak jak ty nieco szalona, chaotyczna, mówić coś nagle ni przypiął ni przyłatał, wbiegać, wybiegać. Stąd Kuna chciała podpatrzyć twoje zachowanie, pobyć z tobą parę dni, przeczytała twoją książkę „Moja mama czarownica”. Inni aktorzy też się zaangażowali, chcieli zobaczyć filmy dokumentalne o naszych rodzicach, zdjęcia. Chwilami przestawali trzymać się scenariusza. Kiedy kręciliśmy scenę totalnej balangi po pogrzebie ojca – nota bene prawdziwą – to aktorzy pili alkohol, a nie wodę i tańczyli do muzyki (a nie w ciszy jak to się robi w polskich filmach, gdzie muzykę podkłada się później). Mieli być pijani, a nie udawać pijanych. gdyby po prostu odegrali tę scenę, wyszłoby nieprawdziwie.
. KTN: Na planie, zwłaszcza w szpitalu, odkryłam, że pamiętam każdy najdrobniejszy szczegół. Małgośka Hajewska prosi filmowe córki o nową piżamę, a ja się wtrącam i mówię, że to nieprawda, bo mama wolała koszule nocne.
MS: Aktorzy po paru dniach poprosili, żebyś poszła do domu. Bo tobie pomyliła się fikcja z rzeczywistością. Przychodziłaś i krzyczałaś: „ to nie było tak!”. A wcale nie miało być tak jak było, bo tak się nie robi filmów!
KTN: W Polsce i tak większość widzów odbierze ten film dosłownie, jak dokument, a nie fabułę.
MS: A to jest fabuła. Tyle, że garściami czerpię w niej z własnego doświadczenia, dzielę się osobistym odkryciem. Po raz pierwszy zastosowałam metodę pracy z aktorami podpatrzoną u Krystiana Lupy.Dużo mu zawdzięczam, o czym on pewnie nie wie, bo przez dwa tygodnie uczestniczyłam w próbach do jego „Mistrza i Małgorzaty”. Lupa sam pokazuje aktorom, jak mają zagrać, sprawia, że udziela się im konkretna atmosfera. Robiłam podobnie. Jak miała być kręcona scena erotyczna, to wprowadzałam erotyczny klimat poprzez muzykę czy luźne rozmowy o seksie.
KTN: Pamiętam, że zagraniczni aktorzy nie chcieli się rozebrać, bo nie było to ustalone z ich agentami.
MS: Julia w końcu powiedziała, że nie ma sprawy, ale Peter Gantzler oznajmił, że to wykluczone. Po półgodzinnej dyskusji Julia stwierdziła że w takim razie ona też się nie rozbierze. Wkurzyłam się i razem z moim asystentem wymyśliłam scenę pozbawioną golizny, ale za to ostrzejszą erotycznie. Wracamy do aktorów i tłumiąc śmiech mówimy im tak: zostajecie w ubraniach, ty siadasz na krześle, ty na nim okrakiem, bierzesz jego rękę i zaczynasz się masturbować, rozpinasz mu rozporek, wkładasz sobie jego palec do buzi, itd….a oni słuchali w kamiennym milczeniu, kiwając głowami i w końcu kompletnie przerażony Peter mówi: „To ja już wolę się rozebrać”.
KTN: A potem film był gotowy. Bałam się go obejrzeć. Zaopatrzyłam się w tony chusteczek. Zamknęłaś mnie w pokoju, włączyłaś odtwarzacz, obejrzałam „33 sceny z życia”, wyszłam i powiedziałam: „Chryste, nie wyobrażam sobie siebie na miejscu ludzi, którzy naprawdę to przeżyli. Ja bym zwariowała!”. I w tym samym momencie uświadomiłam sobie, co mówię.
MS: Patrzyłaś jak na cudzą historię.O to chodziło.
KTN: Dużo ludzi uważa, że ten film to terapia. Sposób, by poradzić sobie z żałobą.
MS:To bzdura. Ten film może być terapią dla widza, nie dla mnie.
KTN: Wiem. Mam listy od czytelników, którzy piszą, że moja książka o mamie pomogła im oswoić śmierć. Mnie nie pomogła. Więź z matką przez ostatnie dziesięć lat była za silna, a przyjaźń z nią- za krótka. Teraz szukam w ludziach tego, co ona mi dawała. Brakuje mi rozmów z nią. Magda Umer zauważyła, że trudno będzie mi zbudować podobną bliskość z kimś innym. Przeczytałam gdzieś, że kiedy umiera ci matka, musisz pożegnać się nie tylko z nią, lecz także z osobą, którą byłaś. Więc ja ciągle jestem „ w budowie”, jak mówią programiści i uczę się siebie.
MS: Można przejść przez największe piekło i dalej funkcjonować.
KTN:Masz rację. Ale czasem dopada mnie, jak bohaterkę „Kobiety” lęk, że może wydarzyć się coś niedobrego. Najlepiej określiła to Joan Didion:, autorka ksiązki „Rok magicznego myślenia”. Napisała: „Zycie zmienia się szybko .Życie zmienia się w jednej chwili. Siadasz do kolacji i życie, jakie znasz, się kończy. Zwykła chwila.”
MS: Mnie też dopadają lęki. Rodzaj natręctw. To naturalne i raczej nie minie. Nota bene postanowiłam wykorzystać ten cytat jako motto filmu.
KTN: Te zdania choć brutalne, są jak drogowskaz. Przedtem uważałam, że nieprzewidywalność jest w życiu najciekawsza, kochałam zmiany. Ale nie brałam pod uwagę zmian na gorsze, a śmierć istniała dla mnie wyłącznie na papierze. Po takim doświadczeniu nieprzewidywalność kojarzy mi się raczej z utratą gruntu pod nogami. Może dlatego, że dom rodzinny był dla mnie ochroną przed światem. Czy może być w tym coś pozytywnego? Może to, że gdy„życie zmienia się w jednej chwili” , zmieniają się też priorytety. Wiesz, ze musisz być silna, bo tak naprawdę w życiu można liczyć głównie na siebie.Wiesz, czego chcesz, bo masz świadomość, że nie jesteś nieśmiertelna. A czasu jest niewiele.
ROZMOWA MARII SREBRNICKIEJ:
Wszystkie moje miłości
Magda Umer napisała mi w liście, że to jest książka o mnie i mojej matce. I dodała: „Bardzo trudno będzie Ci znaleźć z drugą osobą, z drugim człowiekiem, po takim związku”.
O rodzinie, związkach i pisarstwie z Katarzyną T. Nowak rozmawia Maria Srebrnicka.
PYT: Dwie książki opublikowałaś, trzecia jest w toku…
ODP: To jest książka, którą właśnie piszę, oparta na życiu, obyczajowa, dla dorosłych, nie kobieca, nie męska – po prostu zwykła książka. Nie lubię tego typu podziałów: kobieca, męska, na szpilkach, w majtkach…Książki są albo dobre albo złe.
PYT: Piszesz dla ludzi czy dla siebie?
ODP: Oczywiście, że dla ludzi, ale dla siebie też. Każdy twórca robi coś dla siebie, bo to jest taka potrzeba wewnętrzna, przymus, adrenalina. Właściwie nic nie daje większej adrenaliny jak pisanie, jak już wejdziesz w ten wir.
PYT: Kobieta w wynajętych pokojach to o Tobie?
ODP: Po śmierci rodziców miotałam się, nie umiałam sobie znaleźć miejsca. Próbowałam to jakoś oddać i to rzeczywiście taka trochę poszarpana książka, tak ja czułam się poszarpana. Tak to jest o mnie, ale ktoś może pomyśleć: „Aha, wszystko jest prawdziwe” i to samo będzie pewnie z tą trzecią książką. Ale to nieprawda, część jest autentyczna, a część przerysowana, po to, żeby była mocniejsza. Mam zamiar w niej napisać, że dziewczynka robi coś wyjątkowo okrutnego wobec swojej babci, więc ludzie zaraz powiedzą, że to ja zrobiłam. Podobnie z filmem Małgośki (Szumowskiej, siostry, 33 sceny z życia), mówiono, że każda scena jest prawdziwa. To nie jest tak. Część jest prawdziwa, część wymyślona.
PYT: Czy chciałabyś dorównać popularnością swojej mamie?
ODP: Nie, nie mam czegoś takiego. Wiadomo, że mnie jako córce znanej artystki jest ciężej. Dlatego nie używam nazwiska mamy, mam jedynie to „T”, bo tych Kaś Nowak jest dużo. A niektórzy nawet nie wiedzą, że mama nie żyje. I mogłoby im się mylić. Myśleliby: „O, Terakowska!”, a potem rozczarowanie, bo to nie Dorota. Ja piszę zupełnie o czymś innym, nie zamierzam jej dorównywać. Ale oczywiście, jako córka pisarki, mam o tyle trudną sytuację, że przy pierwszej książce, krytyk zawsze patrzy czy ja nie jestem chociaż gorsza. Na szczęście miałam dobre recenzje przy obu książkach, co było fajne, bo to porównywanie jest zawsze. Chciałabym, żeby dużo ludzi to czytało. Zależy mi na tym, żeby prasa pisała, ale listy od czytelników, tak jak po Mojej mamie czarownicy, dają dużego kopa i motywację do dalszego pisania. Jeżeli to można nazwać popularnością, to tak, chciałabym. Mama się bardzo cieszyła jak dostawała listy, na wszystkie skrupulatnie odpisywała. Wszystkie zatrzymywała, a tego było miliony. To było dla niej naprawdę ważne.
PYT: Wasze książki są zupełnie różne…
ODP: Mama na początku pisała książki dla dzieci, ostatnie trzy były już zupełnie dla dorosłych. Ja dla dzieci nie potrafię pisać, może dlatego, że ich nie mam, nie wiem…
PYT: A próbowałaś?
ODP: Nie, ale nie interesuje mnie to. Moja pierwsza (Moja mama czarownica – przyp. M.S.) to była pół-książka, pół-reportaż, taka opowieść. Fabuły tam nie ma, tylko są wspomnienia, listy. Ale jestem z niej zadowolona. Uważam, że mi się udało zrobić coś naprawdę dobrego. Biografię swojej matki jest bardzo trudno napisać. Przy drugiej książce (Kobieta w wynajętych pokojach – przyp.M.S.) już bałam się recenzji. Wiadomo, że najważniejsze jest to, co czytelnicy powiedzą. A recenzje też są ważne, to jest nieprawda, że to się nie liczy, bo jak jest nieprzychylna, to zawsze się człowiek źle czuje. Ale nie były jednak złe, więc doszłam do wniosku, że mogę pisać dalej i jakoś mnie to ośmieliło. Dostałam dużo listów, opinii na forach i widziałam, że ta książka się spodobała. Mogę powiedzieć, że nie narzekam, mogło być gorzej.
PYT: Pisanie Mojej mamy czarownicy było terapią po śmierci mamy?
ODP: Dostałam listy od różnych ludzi w różnym wieku – dla nich to była terapia. Że można oswoić śmierć. Ale dla mnie nie. Może o tyle, że zamiast siedzieć i mieć żal, zastanawiać się, co dalej i wyć w poduszkę. Nie miałam na to czasu. Całymi dniami pisałam książkę, zbierałam materiały. Tak, że całe te półtora roku po śmierci rodziców, nie odrywałam się od komputera. Na pewno mi to trochę pomogło, ale też w tym czasie różne rzeczy odkryłam o matce. To była właściwie książka na zlecenie (Wydawnictwa Literackiego – przyp. M.S.), bo ja o tym nie myślałam.
PYT: Miałaś odwagę szperać w biografii mamy? Nie bałaś się odkrycia czegoś, o czym wolałabyś nie wiedzieć?
ODP: Przeciwnie! Byłam ciekawa, czego się dowiem. I odkryłam wiele rzeczy, które – jak potem przeczytałam jej książki – są w jej książkach. Ona też pisała o sobie, tylko bardziej to kamuflowała, a ja nie kamufluję. Tam wszystko jest, ale ja tego wcześniej jakoś nie zauważałam.
PYT: Wracanie do przeszłości mamy, pomimo, że już nie żyje… Chciałaś się oglądać wstecz? Przecież życie toczy się dalej…
ODP: Bo toczy się dalej. Ale dzięki pisaniu o mamie, żyłam jej życiem, a nie przeżywałam jej śmierć.
PYT: Piszesz w tej książce: „Szukałyśmy siebie chaotycznie – krzykiem, wrzaskiem, wybrykami, niekiedy naiwnie, na pewno nieudolnie – wzajemnie siebie krzywdząc. Jedna o drugiej myślała: „Nie kocha mnie, nie akceptuje, brak jej wrażliwości…” Wasze stosunki nie były łatwe…
ODP: Tak, strasznie trudne. Ale przez ostatnie 10 lat było już dobrze.
PYT: Z czego to wynikało?
ODP: Jak wyprowadziłam się z domu, konflikt sam się rozwiązał.
PYT: Źródło tego konfliktu?
ODP: Byłyśmy zbyt podobne. A potem bardzo się przyjaźniłyśmy. Tak, że jak umarła to było dla mnie stanowczo za wcześnie. Ten czas miałyśmy na poznawanie siebie, a mama była bardzo skryta – tak jak pisałam w tej książce – ona nie opowiadała wielu rzeczy. Może tacie.
PYT: Byłaś zazdrosna o siostrę?
ODP: Jak urodziła się Małgosia, to bardzo lubiłam zajmować się nią. Także na początku nie byłam zazdrosna. Potem tak, bo widziałam jak to jest, gdy się ma dwoje rodziców. Jednak ja miałam przez kilka lat babcię. Mama wprawdzie przychodziła codziennie, ale to były odwiedziny. Więc miałam długo żal do niej. A ona miała poczucie winy.
PYT: I to się ciągnęło przez tyle lat?
ODP: Tak, tyle się ciągnęło. Bo żadna nie potrafiła drugiej podać ręki. A w końcu to się jakoś samo stało, że ja zrozumiałam ją, ona mnie i koniec. Myśmy nigdy też o tym nie rozmawiały i nie mówiłyśmy sobie jak to było. Nie było takiej potrzeby. Raczej nie nadużywałyśmy słów.
PYT: Dobrze wspominasz dzieciństwo?
ODP: Dzieciństwo wspominam dobrze, ale w tej książce, którą teraz piszę, dziewczynka nie ma dobrego dzieciństwa. No więc, zaraz powiedzą pewnie, że to moje takie było. Ale szczerze mówiąc, już mnie to guzik obchodzi. Jak po filmie Małgośki niektórzy napisali, że produkcja doskonała, ale nasza rodzina była zdegenerowana, bo paliliśmy papierosy, przeklinaliśmy i piliśmy wino – to ja to olewam. Ja już nasłuchałam się tylu rzeczy o sobie, o swojej rodzinie – jeszcze jak rodzice żyli – że już się do tego przyzwyczaiłam.
PYT: Twoja mama nie przejmowała się opiniami ludzi?
ODP: Nie przejmowała i jednocześnie przejmowała. Zależy czyja to była opinia.
PYT: Nie byłaś zazdrosna o jej pracę, ciągłe zabieganie, sukcesy?
ODP: Nie. W domu nigdy takiego czegoś nie było. Tak byłyśmy wychowane, że sukces jednej osoby w rodzinie wpływał na sukces drugiej. To właśnie mama mnie nauczyła dziennikarstwa.
PYT: Jaka ona była? Dorota Terakowska prywatnie w domu a zawodowo – w pracy?
ODP: To temat rzeka. Ja napisałam to wszystko w biografii mamy. Była ostra, wymagająca, ale też bardzo wrażliwa, co ukrywała pod maską takiej trochę oschłości. I była świetną przyjaciółką. Na zewnątrz była ostrzejsza, ale sama powiedziała: „Jestem miła dla miłych i niemiła dla niemiłych”.
PYT: Bała się ujawnić? Wolała się ukrywać pod taką zasłoną oschłości?
ODP: Nie wiem, czy się bała. Może to było na takiej zasadzie, że wiedziała, że jest mnóstwo ludzi, którzy jej zazdroszczą, są zawistni i chętnie by jej dokopali, więc ona była ostra i wiedziała, że ludzie się jej boją. Wzbudzała mnóstwo kontrowersji i bardzo różnie była oceniana.
PYT: Twoja mama rzadko mówiła o swoich przeżyciach, odczuciach. Była chyba jednak dumna ze swoich osiągnięć zawodowych, z was – córek, z przeżytych lat. A jak Ty widzisz swoje dotychczasowe życie? Chciałabyś coś zmienić?
ODP: Chciałabym wykreślić jedną rzecz, o której będzie w tej trzeciej książce, ale nie mogę powiedzieć, co to jest. Poza tym niczego nie żałuję.
PYT: Po Twojej drugiej książce, nie pisali na forach: „To jest tak Kaśka, co zmienia mieszkanie z każdym facetem”?
ODP: Pisali. Ale co mnie to obchodzi? Jak miałam nie zmieniać, jeżeli uważam, że można zostać z facetem pod warunkiem, że jest miłość, przyjaźń, bo bez tego się nie da. A jak okazuje się, że tego nie ma, nie widzę powodu, żeby w tym trwać. Ze strachu przed samotnością, czy z jakiejkolwiek innej przyczyny żyć dalej i prowadzić rozmowy typu: „co na obiad?”. No dzięki, ja znam takie małżeństwa. Moje koleżanki są po rozwodach. Wszystkie.
PYT: Ale po 30 latach małżeństwa pojawia się rutyna i często rozmowy o tym, co dziś na obiad.
ODP: No dobra, ale nie po dwóch, trzech latach. Zresztą, pechowo trafiałam, jeśli można tak powiedzieć. Miałam przede wszystkim wzór rodziców – super pary (mówię o Maćku i mamie), która po 36 latach wzięli ślub i byli super przyjaciółmi, a przyjaźń to podstawa. Bez niej żaden związek nie przetrwa.
PYT: Uważasz, że każdy może kogoś takiego znaleźć?
ODP: Nie. Kiedyś spytałam matkę: „Jak to jest, że poznałaś Maćka i miałaś takie szczęście? Ja ciągle trafiam na nieodpowiednich mężczyzn…” A ona mówi, że takie związki to się zdarzają jeden na sto i że to kwestia szczęścia. I później trzeba ciężkiej pracy, żeby to utrzymać. Nie miałam też parcia na małżeństwo i dziecko. Uważam, że nie można mieć dziecka po coś. Jest tylko jeden powód, żeby mieć dziecko – trzeba go bardzo chcieć.
PYT: Szukasz miłości?
ODP: No pewnie, że szukam. Ale nie chodzę po ulicy z tabliczką z wyrytym „szukam”. Tak jak mi matka powiedziała, to jest kwestia szczęścia, albo kogoś poznam albo nie.
PYT: Rutyna w związku zawsze występuje po pewnym czasie?
ODP: Rutyna jest normalna. To jest codzienność i to jest ok. Ja nie mówię o tym. Ja mówię tylko o braku uczuć, kiedy tego nie ma między ludźmi, bo to naprawdę widać. Miałam trzy poważne związki i jak miało dojść do ślubu, to się wycofywałam. Jak pomyślałam, że mam żyć z tym człowiekiem kolejne 20 lat, to jednak nie widziałam sensu. U mnie w domu bardzo dużo się rozmawiało. Nie na jakieś wielkie tematy, tylko w ogóle. Jak teraz tak patrzę wstecz, właśnie w związku z tymi facetami, to było fajnie wszystko, tylko jakoś brakowało tych rozmów. Czyli nie było tej płaszczyzny porozumienia i dlatego one się musiały kończyć. Z mamą miałyśmy silne więzi, może za silne i później nie mogłam sobie nikogo znaleźć, bo za mocno kochałam matkę i nie potrafiłam widocznie dzielić miłości jeszcze z kimś innym. To już był ten okres kiedy myśmy się bardzo przyjaźniły. Ja wszędzie z nią chodziłam i myślę, że – niestety to przykre – ale ci mężczyźni…Te związki były jakieś niepoważne, niepełne. Jak ja już miałam silny związek z matką, tak silną przyjaźń, to potem trudno mi było znaleźć taką relację z kimś innym. I po tej Kobiecie w wynajętych pokojach, którą nie wszyscy zrozumieli (niektórzy pisali, że to jest o romansach głównie, a to nieprawda) Magda Umer napisała mi w liście, że to jest książka o mnie i o mojej matce. Ona od razu to wyczuła. I dodała: „Bardzo trudno będzie Ci znaleźć bliskość z drugą osobą, z drugim człowiekiem, po takim związku”. To jest podsumowanie.
PYT: Mimo, że tego związku z mamą już nie ma?
ODP: Jest, oczywiście, że jest. Tylko po prostu trochę inaczej. Te wzorce wszystkie pozostały. Ja muszę być pewna, że z kimś się dobrze czuję. Dobrze jak znajdzie się faceta, który będzie jednocześnie przyjacielem, ale to jest naprawdę trudne.
Dziękuję za rozmowę.
Katarzyna T. Nowak – córka pisarki Doroty Terakowskiej i Andrzeja Nowaka. Pasierbica Macieja Szumowskiego. Dziennikarka, pisarka, indzwidualistka. Wspolpracowala z Gazeta Krakowska, Przekrojem, Twoim Stylem. Mieszka w Krakowie z dwoma kotami.







około 7 miesiące temu
Bardzo sie ciesze, ze trafilam na Pani bloga, codziennie rano odpalam komputer, parze kawe i sprawdzam co nowego u Pisarki.pl… milo sie czyta, tak milo, ze cukier do kawy stal sie zbedny
.
Pozdrawia serdecznie pochodzaca z Mazur, aktualnie pln.Italia:
B.CH.
około 7 miesiące temu
mnie jest bardzo miło! Dziękuje Pani!
około 7 miesiące temu
i zazdroszczę Włoch! Tam jest tak pięknie.
około 7 miesiące temu
prosze zerknac w necie na okolice jeziora Garda, to tam.
około 7 miesiące temu
a zerknę i pewnie szlag mnie trafi, jak tam jest a jak tu?
około 7 miesiące temu
Chyba że Was też zasypało..? Najgorszy jest ten mróz i brud na ulicach Krakowa…
około 3 miesiące temu
kurcze patrzę na te zdjęcia…jesteś na prawdę piękną kobietą Kaśka.Prócz tej foty z maseczką hehehe
około 3 miesiące temu
uwielbiam takie foty z maseczka;-) sama je sobie robię no to wiesz jak to wychodzi…mnie to rozśmiesza strasznie;-)